Usiadłam na dyni i zatęskniłam...

Usiadłam na dyni, przykryłam się kocem, z termosu poleciała gorąca herbata, wprost do pięknej ceramiki Bolesławskiej. Rozsypałam kasztany, zawołałam koguta, ot taki imieninowy dzień.



Nie jestem osobą spontaniczną. Zawsze muszę mieć wszystko zaplanowane, wiedzieć wszystko, być o czasie. Nie lubię niezapowiedzianych gości (gości samych w sobie bardzo, tylko ja muszę mieć gorące ciasto i świeży obrus na stole), niespodzianek gdzie nie bardzo wiem o co chodzi, oraz tego że jestem w wiecznym niedoczasie.
Wczoraj zrobiłam coś zupełnie innego. Przełamałam moje schematy. 
Pakowanie kosza wiklinowego nie widniało w zadaniach skrzętnie zanotowanych w planerze na ten dzień.

Jak już wiecie mieszkam na wsi niecałe dwa miesiące. Przez rok trwania budowy poznaliśmy sąsiadów z najbliższego otoczenia. Dopiero od niedawna, gdy Zuzanka została przedszkolakiem, poznaję sąsiadów dalszych. Przecież z wąskich uliczek, zarośli, leśnych ścieżek, na wsi wychodzą co dzień matki, takie jak ja, które odprowadzają swoje pociechy do naszej Cisiowej wiejskiej szkoły. W taki oto sposób poznałam Martę. 

Marta  mieszka za owymi krzakami i ma na podwórku przeogromne dynie. Przecież grzechem byłoby ich nie wykorzystać do sesji.
 Marta latała z aparatem, tata Marty wabił ziarnami koguta-przystojniaka, a ja śmiałam się do łez. 
Fajnie było rozpuścić włosy, usiąść na dyni, powygłupiać się. Fajne kilkadziesiąt minut aranżacji, oddychania świeżym powietrzem. 
Fajnie tak zrobić coś od czapy.

Niedługo smutne Święta. Od 12 lat jest to dla mnie stresujący czas.
Kiedyś było inaczej. Pamiętam 1 listopadowy obiad u Cioci Marysi, potem wieczorny spacer na cmentarz do dziadków. Takie mam wspomnienia z dzieciństwa. Od dwunastu lat, jest inaczej. Jest ciężko.

Śmietankowa nie ma mamy. Piszę to już przez łzy, bo nie tak powinny wyglądać relacje nastolatki z mamą, nie powinny paść w dniu jej śmierci takie słowa. Nie tak miało być. Zuzanka miała mieć babcię.

(Choć ma najwspanialszą na świecie, przyszywaną babcię ).

Życie pisze nam różne scenariusze, nie zrozumiane dla mnie czasem.
Wizyta na cmentarzu to nadal trauma. Boli tak bardzo że prawię tam nie chodzimy. I kiedy co dzień wieczorem czytam córce bajkę-tak samo jak mama czytała mi, tęsknie tak okropnie, że w gardle klucha nie pozwala mi udawać ptaków z wierszyka "ptasie radio". Moja mama była w tym mistrzem.

I tak usiadłam sobie na dyni, wspomniałam jesienne spacery z mamą, zbieranie liści i kasztanów. Zrobiłam coś spontanicznego, bo nigdy nie wiem co mnie czeka następnego dnia.

Więc łapię chwile ulotne jak ulotka...














 

Sabina Kobus-Śmietanka

Autorka bloga:
Śmietankowy Dom – DIY • Livestyle • Handmade • Rękodzieło

2 komentarze:

  1. To fakt, nigdy nie wiadomo co jutro będzie i czy w ogóle jutro będzie...
    Spontaniczna sesja z refleksją w tle - cudna

    pozdrawiam, Ania

    OdpowiedzUsuń
  2. Super sesja, ja hoduję białe dyńki, moje pierwsze baby boo, na razie rosną i widać malutkie pączusie, mam nadzieję, że zaowocują :-)

    OdpowiedzUsuń